Cuda w naszym życiu
Moje początki i historia odwołanego ślubu
Moja historia to opowieść o tym, że nawet największe zranienia i ogromne trudności mogą stać się początkiem czegoś pięknego. Warunkiem jest wyciągniecie wniosków z nich płynących i najlepiej oddanie tego Panu Bogu.
Dziś widzę wyraźnie, że to, co kiedyś wydawało się moim końcem świata, było tak naprawdę początkiem drogi do czegoś znacznie piękniejszego niż mogłam sobie wyobrazić.
Urodziłam się jako w święto Matki Boskiej Częstochowskiej czyli 26 sierpnia w sam koniec szkolnych wakacji. Z całą pewnością uważam, że Matka Boża ma mnie szczególnie w swojej opiece.
Moje dzieciństwo nie było idealne, ale miało w sobie wiele dobra. Szczególnie ciepło wspominam czas spędzany u dziadków na wsi, zarówno u jednych jak i drugich. Karmiłam kozy i piłam mleko prosto od nich. Innym razem piłam ciepłe mleko z pianką prosto od krowy. Czasem razem z babcią prowadziłam to większe ode mnie zwierzę do studni, albo na łąkę. Do dziś mam ten obraz bardzo wyraźnie w głowie tak jakby był żywszy niż niejedno zdjęcie na papierze.
Moja mama troszczyła się o mnie najlepiej, jak potrafiła. Byłam jej oczkiem w głowie, być może także dlatego, że byłam jedynym dzieckiem moich rodziców. W wielu momentach życia była dla mnie ogromnym wsparciem.
To właśnie dzięki niej mogłam zrobić ważny krok i jako młoda dziewczyna wyjechałam z rodzinnego miasteczka, żeby rozpocząć studia. Opuściłam Działoszyce (kliknij TU) (Kliknij TU) i zaczęłam nowy etap — najpierw w Sosnowcu, potem w Katowicach, aż w końcu trafiłam do Będzina. I to właśnie tam poznałam mojego męża.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do początku.
Miałam w sobie wiele planów, marzeń i ambicji. Chciałam od życia czegoś więcej, szłam do przodu z przekonaniem, że wszystko przede mną. Wtedy pojawił się on. Poznałam mężczyznę, który bardzo szybko stał się dla mnie kimś ważnym. Zakochałam się tak mocno, szczerze i bez kalkulowania. Wydawało mi się, że to uczucie jest odwzajemnione i że idziemy w tym samym kierunku. Ignorowałam mnóstwo czerwonych flag.
Zaplanowaliśmy ślub i wesele.
Zapowiedzi wyszły z ambony. Opłacona została sala weselna. Rozdaliśmy zaproszenia i wiele innych spraw bardzo poszło do przodu na poczet małżeństwa, które miało zostać zawarte… A jednak to się rozpadło. Zostałam porzucona półtora miesiąca przed ślubem.
Trudno byłoby oczekiwać inaczej, w tej sytuacji miałam ogrom trudnych emocji i pytań w głowie. Natomiast z perspektywy czasu wiem, że był to jeden z tych trudnych momentów, które ratują nas przed czymś, czego jeszcze nie rozumiemy.
Także jeśli czujesz się w podobnej sytuacji to pamiętaj, że nigdy nie jest tak źle jak się wydaje. Świat się nie kończy wbrew temu, co czujesz w środku. Jeśli przeżywasz trudne chwile ważne – nie zostawaj z tym sama/sam.
Później u mnie nastąpiło poszukiwanie tego czego naprawdę pragnęłam dla siebie. Szukałam różnych rzeczy, błądziłam i byłam w relacjach, które często nie prowadziły do niczego dobrego. Były to relacje zarówno partnerskie, jak i „przyjacielskie”. Czasem ludzie udawali sympatię do mnie kierując się sobie znanym tylko pobudkom i intencją. Miałam totalnie niską samoocenę i chyba po prostu takich ludzi przyciągałam, jako łatwa zdobycz.
Aż w końcu przyszedł moment, w którym naprawdę zwróciłam się do Pana Boga tak szczerze i bez udawania. Chciałam zacząć inaczej i prawdziwie żyć. Nie opierałam się tylko na wierze ale też wsparłam się osobami, które mogły i chciały mi pomóc popracować nad sobą.
Zaczęłam budować z Nim relację, nie tylko „od święta”, ale na co dzień. Dotychczas byłam osobą wierzącą ale tylko w teorii. Wtedy zaczął się wtedy proces mojego autentycznego nawrócenia, powolny, ale prawdziwy.
Prawie 4 lata później po tym niedoszłym ślubie modliłam się inaczej niż dotychczas. Była to osobista, trudna, pełna emocji i żalu modlitwa. Powiedziałam wtedy Panu Bogu tak:
”Albo będę sama i będę się modlić za wszystkich, albo daj mi dobrego męża, bo mam już dość”.
Wiem powiało lekkim szantażem i nie wypada chyba tak traktować Ojca Niebieskiego ale już nie bardzo wiedziałam co robić dalej.
Boży plan choć czasem trudny i niezrozumiały jest najlepszy. Warto Mu zaufać. (Więcej TU KLIK)
Poznanie Przemysława i zgrzyty na linii
Jakoś dwa tygodnie po wspomnianej, chyba najtrudniejszej w moim życiu modlitwie poznałam Przemysława.
Portal randkowy, gdzie się poznaliśmy istnieje od 2007 roku https://zapisanisobie.pl/(kliknij) .
Do dziś mam dreszcze, gdy o tym myślę. Spotkaliśmy się po dwóch tygodniach internetowej znajomości. To spotkanie było inne niż wszystkie do tej pory na linii damsko-męskiej. Było autentyczne, proste i z goździkami w drugoplanowej roli.
Przyjechał na białym koniu, jak książę z bajki tzn. samochód biały miał jak coś😂🤣
Do tej pory żyliśmy obok siebie, w dwóch różnych światach, z innymi przyzwyczajeniami i rytmem dnia. Po ludzku mieliśmy naprawdę małe szanse, żeby się spotkać. A jednak spotkaliśmy się. I dziś wiem, że KTOŚ nad tym wszystkim czuwał i miał plan na nasze życia.
Ja wiem, że może sobie pomyślisz, że gdzieś przecież trzeba się poznać. No ale przy moim wtedy trybie życia poznanie kogoś wartościowego było strasznie trudne, żeby nie powiedzieć prawie niemożliwe.
„Dla Boga nie ma niemożliwego” (Łk 1,37)
Szczególnie bliska była nam modlitwa przez wstawiennictwo Świętego Józefa. I choć czasem wydawało się, że to wszystko trwa zbyt długo, odpowiedź przyszła. Pojawiła się innym czasie niż się oboje spodziewaliśmy. (Więcej TU KLIK)
Po trudnych historiach miałam konkretne założenia co do mężczyzn. Jedne z nich było dla mnie absolutnie nie do ruszenia. Żelazna zasada. Bez wyjątków, bez negocjacji. Ban od razu, jeśli ktoś miał inne podejście do pewnej kwestii niż ja.
Każdy, kto zna mnie bliżej, wie jak bardzo potrafię być uparta do granic i nic mnie nie zatrzyma.
I wtedy pojawił się on, czyli Przemysław. Po pierwszym spotkaniu i wielu rozmowach zaczęliśmy się lepiej poznawać. Pewnego dnia, podczas rozmowy telefonicznej, powiedział mi coś. Pamiętam, że w trakcie tej rozmowy strasznie trzeszczało w słuchawce. Nic nie wiedziałam z tego co mówił. Po wszystkim zapytał, czy wszystko słyszałam. Mimo wszystko odpowiedziałam twierdząco, bo uznałam cóż to może być takiego istotnego (wiem głupie zachowanie). Rozmowa potoczyła się dalej i naturalnie skończyła.

Do czasu.
Któregoś dnia wróciliśmy do tej kwestii przy zwykłej rozmowie. I wtedy on spokojnie powiedział, że przecież już mi o tym mówił. Mój szok był ogromny. Bo znając siebie, jestem pewna, że gdybym naprawdę to wtedy usłyszała, nie byłoby kolejnych spotkań. Nie byłoby tej relacji. A jednak była i się rozwijała.
Z czasem zobaczyłam, że to, czego tak się obawiałam, wcale nie jest zagrożeniem. Że to nie przekreśla nas, tylko może wyglądać zupełnie inaczej, niż zakładałam.
Tej historii mogłoby w ogóle nie być. Może Ktoś tam na Górze potrząsnął „kablami”liniami telefonicznymi”, żeby nam pomóc. Mogę się tylko domyślać i dziękować Mu za to❤️🙏
Ta historia wydaje się dziwna i aż nieprawdopodobna ale zapewniam Cię, że jest autentyczna i szczera.
Sklep Dla lepszego jutra (KLIKNIJ TU)
Zanim jeszcze zostaliśmy narzeczonymi, nasza codzienność zaczynała się już splatać w bardzo zwyczajny, a jednocześnie wyjątkowy sposób. Pamiętam, jak Przemysław z rozbrajającą szczerością oznajmił, że nie będzie jadł mojego rosołu ani klusek leniwych, które przygotowałam. Wtedy mogło to brzmieć trochę surowo, ale dziś widzę w tym coś zupełnie innego.
To był początek mojej małej drogi uczenia się — nie tylko gotowania, ale też bycia dla drugiej osoby tak na serio. Nigdy wcześniej nie miałam okazji tak naprawdę wejść w tę codzienność dzieloną nawet w kuchni, a on na swój sposób, cierpliwie mnie w to wprowadzał.
Było w tym coś niesamowitego, co mnie urzekło i urzeka do dziś kiedy gotuje dzieciom rosół (kliknij TU), pierogi (kliknij TU), czy inne knedle 😉 (kliknij TU), albo kiedy robi domowy chleb (kliknij TU)
Było w tym trochę zderzenia emocji, uczuć, zwyczajności, czy obowiązków jakie każdy z nas osobiście miał. I może właśnie dlatego ta relacja była i jest prawdziwa do dziś. Od początku była budowana na poznawaniu się krok po kroku, z całym „nieidealnym” pakietem. Z czasem przyszło zakochanie a potem miłość, taka, która nie opiera się na emocjach, ale na prawdziwej dojrzałej decyzji.
Dla zaspokojenia Twojej ciekawości powiem, że nie mieszkaliśmy razem przed ślubem ale spędzaliśmy normalnie razem czas niekiedy do bardzo późna.
Z perspektywy czasu te drobne sytuacje wydają się piękne, bo pokazują, jak rodziła się między nami bliskość i to w takich zwyczajnych chwilach, które z czasem stały się fundamentem naszej wspólnej drogi.

Nasza relacja rozwijała się energicznie, ale zarazem spokojnie — z miejscem na rozmowę, modlitwę i zwyczajną codzienność. Po pięciu miesiącach powiedziałam „tak”, a po sześciu stanęliśmy razem przed ołtarzem. I choć nawet wtedy nie obyło się bez drobnych potknięć, to właśnie w tej niedoskonałości było coś pięknego i prawdziwego.
Dziś, kiedy patrzę na nas i naszą rodzinę, którą wspólnie zbudowaliśmy, widzę wiele takich małych znaków, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być. I nawet jeśli czasem droga była kręta, to była też zaopiekowania przez KOGOŚ Kto patrzy na nas zawsze.
Auto bez gazu
W pewnym momencie zepsuł nam się definitywnie samochód. Mieliśmy już dwójkę dzieci, młodsza miała około roku, a codzienność bez auta raczej nie wchodziła w grę. Finansowo też nie było łatwo, bo pracował tylko Przemysław, a my nie mieliśmy dużych oszczędności. W zasadzie tylko to, co zostało z weselnych kopert. Potrzebowaliśmy samochodu, ale nie chcieliśmy kupować czegoś przypadkowego, co za chwilę znowu się rozpadnie a na zakupy nowego nie było nas stać. Do tej pory nie jestem fanem takiego rozwiązania, bo auto traci na wartości już po wyjechaniu z salonu samochodowego.
W tym czasie szczególnie bliska stała mi się św. Faustyna. W drugiej ciąży często słuchałam jej „Dzienniczka” i jakoś bardzo ją polubiłam. Miałam wrażenie, że jest taka… bliska, że można do niej po prostu powiedzieć, jak jest. I dlatego poprosiłam ją, żeby „powiedziała Jezusowi”, że potrzebujemy auta. Takiego zwykłego, dobrego, dla naszej rodziny.
Zaczęliśmy szukać i trafiliśmy na samochód niedaleko nas. Już na pierwszy rzut oka wydawał się aż podejrzanie dobry, bo miał bardzo mały przebieg i stan niemal idealny. Podeszliśmy do tego ostrożnie, zabraliśmy brata mojego męża, który zna się dość dobrze na samochodach. Okazało się, że wszystko się zgadza. Auto było zadbane, garażowane, praktycznie jak nowe.

Ostatecznie trochę przekroczyliśmy nasz budżet, ale mieliśmy pokój w sercu z dobrego wyboru. I jeszcze w tym samym roku zalaliśmy benzyną bak (nie jeden raz na tej trasie) i pojechaliśmy nim w naszą pierwszą zagraniczną podróż do Włoch. Wtedy utwierdziłam się tylko w tym, że Pan Bóg naprawdę troszczy się także o takie bardzo zwyczajne sprawy.
Miasto Ocalenia i Kurs Alpha
Bardzo pragnęłam znaleźć wspólnotę, która by była prawdziwą przestrzenią ludzi w wierze. To od początku było dla nas ważne. Szukałam czegoś, ale bardziej „po omacku”. To nie były czasy, kiedy wystarczyło wpisać hasło w internet i od razu wyskakiwało wszystko, co wartościowe. Wiele inicjatyw w ogóle nie miało wtedy stron, trudno było się gdziekolwiek zaczepić.
Słyszeliśmy kiedyś o Kursie Alpha, który odbywał się jakieś 15 kilometrów od nas. Temat gdzieś się pojawił… i zniknął. Nie zapisaliśmy się, życie poszło dalej. I wtedy wydarzyło się coś ciekawego, a dla nas przełomowego. Podczas noworocznej kolędy ksiądz zostawił nam ulotkę na Kurs Alpha, który miał odbywać się bardzo blisko nas dosłownie trzy minuty pieszo od domu.
To może brzmieć nieco nietypowo, ale zapewniam, że nasz ksiądz proboszcz raczej nigdy wcześniej nie zajmował się takimi rzeczami, a z tego, co wiem, później również nie był dystrybutorem ulotek.
Zapisałam nas już następnego dnia.
Byłam wtedy w ciąży z trzecim dzieckiem, różnie się czułam i w większości bardzo słabo, ale mimo wszystko byliśmy na każdym spotkaniu bez większych problemów. Pojechaliśmy też na weekend Alpha. I to właśnie przez ten kur zaczęło się coś więcej — poznaliśmy ludzi, z którymi jesteśmy do dziś w relacjach.
To już ponad 9 lat wspólnej drogi w ramach wspólnoty „Miasto Ocalenia” w diecezji sosnowieckiej.
Jeśli chcesz, tak jak my doświadczyć żywego kościoła zapraszam na nasze spotkanie. To może być również Twoje miejsce, jeśli jesteś z Sosnowca lub okolic. Więcej zobacz TUTAJ https://miastoocalenia.pl/
Z tej decyzji wypłynęło naprawdę wiele dobra. Doświadczamy nieustannie żywej wiary, modlitwy wstawienniczej i jej owoców, obfitości darów Ducha Świętego, albo rekolekcji, które nas budowały i nadal w nas pracują.
Nawet takie decyzje jak wczesna Komunia Święta naszych młodszych dzieci były owocem tej drogi. Wszystko odbyło się bez presji i bez całej tej „zewnętrznej otoczki” (ZOBACZ TU)
Patrząc dziś wstecz, widzę, że to nie był przypadek. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowaliśmy.
Boża ręka
Wypełniając metryczkę na wspomnianym portalu randkowym zaznaczaliśmy oboje, że chcemy mieć 3 lub 4 dzieci, więc u nas stanęło na 3 (póki co😉). Wszystko zgodnie z planem, jednak z lekkimi turbulencjami. Byłam w trzeciej ciąży w której od początku czułam się bardzo osłabiona i miałam mdłości prawie do samego porodu ale poza tym wszystko było okej.
Ciąża przebiegała normalnie, aż do dnia narodzin naszego syna. Swoją drogą doświadczenie dwóch poprzednich porodów pomagało mi, aby nie spieszyć się specjalnie do szpitala. Dlatego po przyjęciu na porodówkę w niecałe trzy godziny syn był po drugiej stronie brzucha. To się nazywa ekspres 😉
Niestety chwilę po porodzie usłyszeliśmy o jego bezwładnej prawej ręce. W jednej chwili radość zamieniła się w strach, a zamiast cieszyć się dzieckiem, zaczęliśmy mierzyć się z bólem, pytaniami i bezsilnością.
Kolejne dni były dla nas bardzo trudne. Szukaliśmy pomocy u lekarzy, rozpoczęliśmy rehabilitację, próbowaliśmy zrozumieć, co nas czeka. Odpowiedzi było niewiele, a wizja przyszłości coraz bardziej nas przerażała. Były łzy (moje każdego dnia), złość i momenty, w których brakowało już sił nawet na modlitwę. Prosiliśmy innych o wsparcie dotyczące kontaktów do lekarzy a kończące się na modlitwie. Jako, że byliśmy chwilę po skończonym Kursie Alpha (polecam Ci z serca), to poznaliśmy więcej osób, które mogły nam dać takie wsparcie. Sami tego nie mogliśmy udźwignąć.
Przełom przyszedł w uroczystość Bożego Ciała, co jednocześnie było dniem wspólnot w diecezji sosnowieckiej. Tego dnia kilka osób modliło się bezpośrednio nad Józefem m.in. kładąc na niego swoje ręce (tak jak w Biblii opisują). Chwilę po tym zaczęło dziać się coś, co trudno opisać słowami. Józef zaczął poruszać rączką, aż ją w końcu podniósł. To, co wcześniej było niemożliwe, zaczęło wracać do normy. Kiedy pojechaliśmy na kolejną rehabilitację, Pani specjalistka nie potrafiła tego wyjaśnić. Może to brzmieć jak science fiction, ale z medycznego punktu widzenia było to niemożliwe a jednak się wydarzyło.

Dziś nasz najmłodszy syn jest zdrowy. To nie jest dla nas przypadek ani złudzenie, bo dokładnie pamiętamy, w jakim stanie była jego ręka. Tego nie da się pomylić ani sobie wmówić. To dla nas bardzo konkretne doświadczenie działania Boga. Więcej szczegółów możesz przeczytać tutaj (KLIKNIJ)
Dlatego piszę to jeszcze raz tutaj, żeby Ci powiedzieć, że On naprawdę przychodzi do naszych najtrudniejszych momentów. Uzdrawia, daje nadzieję i działa także dziś. A jeśli nie działa tak, jak byśmy tego chcieli, wierzę, że ma w tym swój sens i plan, którego jeszcze nie widzimy.
Czasem aż trudno pomyśleć, co by było, gdyby wszystko potoczyło się dokładnie po mojej myśli — choćby wtedy, gdy tak bardzo chciałam, żeby doszedł do skutku ślub, który ostatecznie się nie odbył. Dziś widzę, że to, co wydawało się stratą, było tak naprawdę początkiem czegoś znacznie lepszego.
Mieszkanie w ekspresowym tempie.
Kiedy zobaczyłam te dwie kreski na teście ciążowym, pierwsza myśl wcale nie była romantyczna. Pierwszy raz o tym tutaj piszę i w dodatku z takimi szczegółami. Powiedziałam mojemu mężowi, że nie będę mieszkać w takim małym mieszkaniu w jakim wtedy byliśmy i musimy TERAZ mieć większe mieszkanie lub dom. Chyba trochę wzięłam go za czarodzieja 😂🤣 Takie żądanie i to w kilka miesięcy do realizacji…
A tak serio to już przy dwójce dzieci czasem było ciężko się zorganizować z akcesoriami takimi jak wózek, krzesełka, piłki itp. A trzecie dziecko w tamtym mieszkaniu wydawało mi się do niezaakceptowania. Z perspektywy czasu chyba za bardzo się zestresowałam i za bardzo spięłam w tym wszystkim.
Od jakiegoś czasu modliliśmy się o konkretne miejsce do życia. Rozważaliśmy gotowy dom albo większe mieszkanie. Prosiliśmy o to razem, wytrwale, często codziennie, powierzając to także wstawiennictwu św. Józefa. Daliśmy sobie nawet na realizacje tego dwa lata. Ufaliśmy, że jeśli to jest dobre dla nas i to się wydarzy. Ale kiedy okazało się, że jestem w ciąży, nagle przestało mnie interesować, ile „zostało czasu”. Ja chciałam już. Teraz. Natychmiast.
Zaczęliśmy działać. Obejrzeliśmy trzy mieszkania. I kiedy weszłam do jednego z nich (ostatniego) od razu wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że to jest nasze miejsce. Pojawił się tylko problem, bo cena sporo przekraczała nasz budżet. A jednak… wszystko zaczęło się układać. Trafiliśmy na dobrego doradcę kredytowego (tak, udało się dostać mega sprawnie hipotekę), pojawiły się rozwiązania tam, gdzie wcześniej widzieliśmy ścianę. Krok po kroku doszło do skutku to co miało się wydarzyć.
I teraz co najlepsze. Akt notarialny podpisaliśmy dokładnie dwa lata od momentu, kiedy zaczęliśmy modlić się o to mieszkanie. Co do dnia. Do dziś śmiejemy się, że z modlitwami trzeba uważać, bo Pan Bóg „potrafi” realizować konkretne „zlecenia”.
Mało tego agencja nieruchomości była w szoku, bo mieszkanie przez długi czas „nie mogło się sprzedać”. Właściciele byli niezdecydowani i nie chętnie pokazywali mieszkanie. Często nawet odwoływali spotkania i to przez 2 lata (!) Wyglądało na to jakby czekało… na nas.
Wprowadziliśmy się miesiąc przed porodem. Istne szaleństwo. To był prawdziwy rollercoaster. Niby nikt nas nie gonił, a i tak narzuciliśmy sobie tempo, którego dziś chyba byśmy nie powtórzyli. Remont na szybko, decyzje podejmowane w biegu, hormony buzujące na wszystkie strony, moje osłabienie i jeszcze dwójka dzieci do zaopiekowania. Słowem to był totalny maraton.
Jakby było mało, dorzuciliśmy sobie jeszcze jedną „atrakcję”. W ferworze przygotowań zamówiliśmy lodówkę i pralkę ze strony internetowej, która wyglądała dość legitnie. Natomiast zamówienie nigdy do nas nie dotarło a ubyło nam ponad dwa tysiące złotych. Potem za to pojawiła się konieczność ponownych zakupów i składania zeznań na policji. Człowiek myśli, że ogarnia życie, a tu nagle taka lekcja pokory.
Dziś już patrzymy na to z dystansem. Wtedy było nerwowo, momentami z ogromnym żalem, ale teraz widzimy, że to był po prostu kolejny fragment tej drogi — nieidealny, trochę szalony, ale nasz. Może nawet potrzebny, żeby przypomnieć sobie, co jest naprawdę ważne i zbyt nie przyzwyczajać się do pieniędzy 🤣😂😉
Mimo całego tego zamieszania jedno się nie zmieniło — to miejsce od początku czuliśmy jako „nasze”. I nim zostało. Urządziliśmy je cudownie i zadbaliśmy o to co ważne w tym obszarze.
Cuda przybierają różne formy. Dla mnie najważniejsze są te najbliższe sercu. Mój mąż i nasze dzieci.
Mój mąż to NAJWAŻNIEJSZY dla mnie człowiek i jednocześnie dar, którego nie da się z niczym porównać, choćby to było pół bańki eurasów, czy dolarsów. To wspaniały człowiek i idealny dla mnie. Idziemy razem przez życie dzień po dniu. Nie zawsze jest idealnie, bywa zwyczajnie, czasem trudno, albo z dużą dawką humoru. Czasami mam wrażenie, że skutecznie skracam mu czas w Czyściu – taki tam kato żarcik 😂🤣
Nasze dzieci są owocem miłości, która kiedyś była początkiem, a dziś ma konkretne imiona i twarze. Każde jest inne i wyjątkowe. Mają swoje charaktery, typową dla siebie wrażliwość i różne pasje. Wnoszą do naszego życia ruch, kolor i nieprzewidywalność. Uczą mnie pokory, cierpliwości i miłości, która poszerza horyzonty. Są naszym odbiciem i jednocześnie motywacją.
Patrzę na nie i widzę cud. Są. Żyją. Rozwijają się. W świecie, w którym tak wiele mówi się o utracie, o niespełnionym pragnieniu rodzicielstwa, dla mnie to ogromny dar. Są z nami na pewien czas i kiedyś pójdą swoją drogą. Będą budować własne życie i swój świat.

Zakończenie, albo jednak nie .. 😉
W tym roku (2026) mija 13 lat od naszego ślubu. Wciąż idziemy razem i poszerzamy swoje horyzonty, jako małżeństwo i jako rodzina.
Rozwijamy się, uczymy siebie nawzajem, dojrzewamy. Kochamy.
Tworzymy różne rzeczy wspólnie tak jak tego bloga od 2006 roku. Ja jestem można powiedzieć frontmenką, a mój mąż działa w tle, ogarniając zaplecze.
Kilka dni w miesiącu pracujemy razem. Uzupełniamy się w tym, co robimy (ZOBACZ TU)
Ja zawodowo zajmuję się telefonowaniem dla firm w rożnym zakresie (ZOBACZ TU)
Rozwijam się też w pisaniu, które nieustannie uprawiam od 11 roku życia. Tworzę różne teksty w tym dłuższe formy takie jak e-booki a pierwszy jest dostępny na naszym sklepie internetowym.

Będzie mi bardzo miło, jeśli zamiast „wirtualnej kawy” modnej u twórców internetowych, wybierzesz właśnie taką formę wsparcia i sięgniesz po coś, co stworzyłam a co Tobie może realnie pomóc iść do przodu. https://kunaonline.com.pl/product/8-nieoczywistych-ksiazek-o-produktywnosci/ KLIKNIJ
Mamy marzenia, jak chyba każdy człowiek. Jednym z nich jest dom. Nasze mieszkanie jest dla nas ogromnym błogosławieństwem i jesteśmy za nie bardzo wdzięczni, ale z czasem potrzeby naturalnie się zmieniają.
Być może to kwestia dojrzewania, a może coraz większej wrażliwości na ciszę, która inaczej układa myśli i serce. Coraz mocniej ciągnie nas w stronę natury, prostoty i przestrzeni ale takiej, w której można złapać oddech.
Dlatego każde, nawet najmniejsze wsparcie ma dla nas znaczenie — każde zamówienie, każda decyzja, żeby być częścią tego, co tworzymy. To wszystko przybliża nas do realizacji kolejnych kroków.
Jeśli masz pytania o nas albo o to, czym się zajmujemy, albo po prostu masz ochotę na wirtualną kawkę, napisz komentarz. Jeśli tylko pozwoli mi na to kalendarz, bardzo chętnie się z Tobą spotkam i porozmawiam.
Stworzyliśmy to miejsce 10 lat temu i nadal żyje a my jesteśmy w nim autentyczni, choć bardziej ja tu „występuje”.
Nie chcemy być tylko w mediach społecznościowych, choć to są ważne miejsca dla twórców internetowych w tym dla mnie. Blog daje coś więcej — przestrzeń wolności, autentyczności i możliwość wyrażenia siebie dokładnie tak, jak chcemy.
Nie wiem, co dokładnie jest przed nami, ale czuję, że nasza wspólna od lat historia nie jest przypadkiem. Ma swój sens, swoją cichą głębię i cel, który dopiero z czasem daje się bardziej zrozumieć.
A ja chcę odpowiedzieć na to po swojemu tak jak potrafię najlepiej.
Chcę służyć innym przez słowo pisane i mówione. Takie, które nie udaje, nie potrzebuje hałasu, nie walczy o uwagę, tylko cicho dotyka tego, co w człowieku żywe, ważne i prawdziwe.
Co Ty na to?
I czy czujesz, że to, co powstanie z tych słów, może być dla Ciebie czymś więcej niż tylko chwilą? I może delikatnie poprowadzi Cię dalej, w Twoim własnym tempie?
Zostaw komentarz, co o tym myślisz 😉
Mój kanał na YouTube (ZOBACZ TU)
Sklep Dla lepszego jutra (KLIKNIJ TU)
Jeśli ważne są dla Ciebie wartości podobne do moich będzie mi miło jak zapiszesz się na newsletter. Dowiesz się o ważnych rzeczach przed innymi i skorzystasz z mojego bezpłatnego e-booka, który jest moim prezentem dla Ciebie.
Zapisz się na nasz newsletter! Będziesz wtedy na bieżąco z ważnymi informacjami
Otrzymasz w prezencie e-book „Pszczoły i ich dary, czyli co naturalnie może wspierać Twoje zdrowie”. Przechodząc dalej, akceptujesz politykę prywatność
Inne artykuły, które mogą Ci się spodobać:




Opublikuj komentarz